OBOZ ZEGLARSKI – ST. JOSEPH PENNINSULA STATE PARK, FLORIDA

(9.03 – 17.03.2007)

 

Przepiekne slonce, silne wiatry i my – czlonkowie Klubu Zeglarskiego Bieli i Czerwieni gdzies daleko – 2000 km od domu, nad Zatoka Meksykanska na Florydzie. Wyruszylismy, kazda rodzina indywidualnie, w piatek o roznych porach, ale juz w sobote wieczorem bylismy w komplecie (36 osob – doroslych i dzieci). Kazdy sie rozbil na polu biwakowym, chlopaki posciagali z przyczep lodki i przygotowali je do plywania w zatoczce St. Joseph. Bylismy bardzo zmeczeni dluga podroza (ok.20 godz. non-stop), wiec szybko udalismy sie na spoczynek.

W niedziele rano planowalismy sie udac do pobliskiej miesciny na msze sw, ale nie moglismy sie dowiedziec o ktorej jest msza, wiec pojechalismy na 10:00. Wlasnie ksiadz udzielal koncowego blogoslawienstwa i wszyscy wyszli z kosciolka. Pouczono nas, ze jest zmiana czasu, po czym wytlumaczylismy, ze nie moglismy zdobyc informacji odnosnie godziny mszy sw. Ksiadz widzac tak duza grupe ludzi, mimo pospiechu na nastepna msze w innym miejscu, szybko zdecydowal, ze za chwile odprawi dla nas dodatkowa msze. Ustalilismy w swoim gronie piesni, wybralismy lektora, ministrantow. Bylismy mu naprawde wdzieczni za taka przysluge.

Rozpoczelismy wiec nasz oboz msza sw i lodami z pobliskiego sklepu.

Miejsce biwakowania  bylo przeurocze – zielono, male palmy, wysokie sosny, mnostwo krzakow, roznorodne zwierzatka i ptaki i .....strasznie wredne maciupkie muszki, przy ktorych komary to istne anioly. Rano i po poludniu nie mozna sie bylo od nich opedzic.Nad woda nie byly tak dokuczliwe – to dobrze, bo ciezko byloby sie od nich ogonic i trzymac liny lub ster.

Park rozlozony jest na cypelku oblanym woda ze wszytkich stron, wiec mielismy mozliwosc ogladac wschod slonca od  zatoczki Sw. Jozefa, a zachod – od Zatoki Meksykanskiej. Lodki – 2 Laserki i Mistrala, a takze motorowke trzymalismy w zatoczce. Kazdego ranka przygotowywalismy lodki do wyplyniecia, a potem to nawet byla lista oczekujacych - tak wszyscy rwali sie do plywania! Wprawieni zeglarze scigali sie na laserkach, odwazni probowali swoich sil na Mistralu. Byly tez do dyspozycji dwa windsurfingi. Male dzieci lubily sie wozic motorowka, ktora spelniala role lodki asekuracynej. Lodki nie staly na brzegu dluzej niz pare minut, szybko organizowaly sie nowe zalogi, bo kazdy chcial czuc ten wiatr. A wialo chwilami mocno. Laserki dosc czesto wchodzily w slizg, trzeba bylo mocno sie wyginac i balansowac cialem. Jest to niesamowita frajda. A juz przepiekna rzecza, ale narazie tylko wprawionych, jest plywanie ze spinakerem. Jest to dodatkowy zagiel zamocowany z przodu lodki, gdy plynie sie z wiatrem. Wtedy predkosc jest oszalamiajaca! Kto raz tego sprobowal, niechetnie wracal na brzeg aby komus innemu przekazac te przyjemnosc.

Nasze panie stworzyly damska zaloge i calkiem dzielnie sobie radzily. Mlodziez miala duzy zapal, ale dzielila czas tez na inne czynnosci – windsurfing, spacery, rowery, siatkowke. Dzieci lubily grzebac sie w piasku, lapac kraby, budowac zamki na piasku.

Okolo 4 po poludniu, zwijalismy zagle i ruszalismy do obozowiska na obiad. Potem juz kazdy zajmowal sie czym lubil – spacery wzdluz plazy, rozmowy, codzienny mecz siatkowki na plazy, a wieczorem ognisko ze spiewem i gawedami zeglarskimi. Dzieci i mlodziez mogla obejrzec wspolnie film z komputera lub pograc w karty. Rano komandor z grupka panow zaczynal dzien biegami, vice-komandor preferowal dlugie jazdy rowerem, inni lubili jazde na wrotkach lub ranne poszukiwania muszelek. Jednego dnia po przybyciu na nasza zatoczke doniesiono nam, ze nieopodal wygrzewa sie w sloncu aligator. Faktycznie, wpierw w wodzie, a potem pokazal sie nam w calej okazalosci na brzegu. Asystowaly mu rzesze pelikanow,  ktore przesiadywaly calymi dniami na pomostach w oczekiwaniu na rybke. Nastepnego dnia jedna z zalog spotkala aligatora przeplywajacego 2 metry od lodki. Wlasnie aligatory budzily sie z zimowego uspienia i podazaly w sloneczne miejsca.

We srode, w polowie naszego turnusu, wybralismy sie wszyscy razem do restauracji w porcie na obiad (seafood). Bardzo przyjemnie spedzilismy wspolnie czas. Poogladalismy zaglowki cumujace w porcie i rozmarzylismy sie nad naszymi przyszlymi nabytkami do klubu. Jestesmy pelni nadziei, ze stanie sie to w niedalekiej przyszlosci. Mamy wspanialych komandorow, dzielnych i zapalonych zeglarzy, oddanych sympatykow.

Ostatniego dnia nasz wice-komandor obchodzil swoje urodziny, wiec obdarzylismy go na plazy szampanem i zyczeniami. Potem juz zostalo poskladac lodki i przygotowac je do drogi.

Jestesmy znow w snieznej Kanadzie, ale nasza opalenizna, radosc, pamiec wietrznych plywan pozostanie nam na dlugo w pamieci. Przepiekne jest to uczucie bycia na wodzie, kontrolowania lodka, sprawdzianu samego siebie. Nie jest to dla wszystkich, ale kto raz sprobowal i polubil, ten nie ustanie.

Przed nami lato – nasze lodki wroca nad Belwood Lake i znow bedziemy mogli sie doskonalic w rzemiosle zeglowania. Potem planowany jest oboz letni – ech....juz sie wszyscy cieszymy!