NORTH CHANNEL – Aug 15 – 21, 2011

Marzenie kazdego zeglarza – North Channel! Przepiekne krajobrazy, tysiace wyrastajacych z wody kamieni I wysepek, krysztalowa woda.

Od dawna wiedzielismy, ze musimy tam poplynac. Po przepieknych wakacjach we dwoje na Pegasusie ubieglego lata zapalil sie w nas ogien zeglowania. Zakochalismy sie w zakamarkach Maasassaga Provincial Park, w przejrzystych wodach Georgian Bay. Chcielismy wiecej i wiecej….poznalismy smak wiatru i sztormu, nauczylismy sie wiele, zdani tylko na siebie.

W tym roku majac gosci z Polski doszla obawa, czy te “zoltodzioby” poradza sobie, czy polubia? W planach bylo intensywne zeglowanie – duzo godzin w dzien a i niewykluczone ze w nocy tez. Nasza najmlodsza corka – Maya, dodawala nam skrzydel przy planowaniu, bo byla pelna zapalu i chetna do wszystkiego. Nadszedl upragniony dzien – spakowani, w naszym odczuciu “perfect”, zajechalismy wieczorem do King’s Bay mariny. Przepakowalismy nasze rzeczy na lodke, bo wlasnie zaczynalo sie zciemniac I padac.

14 sierpien

W niedziele, zamiast porzadnego sniadania, nasi goscie pelni obaw choroby morskiej, zjedli po kromce suchego chleba i ruszylismy w droge. Czekala nas tego dnia dluga podroz. Zanim odbilismy od pomostu Majka zlapala sporego szczupaka, ktorego potem zjedlismy na kolacje. Plynelismy szybko na zaglach (7.5 – 8 wezlow), wiatr nam sprzyjal, mocno nas przechylalo. Fala byla dosyc duza – do 1.0 m. Przeplynelismy po przekatnej zatoke Georgian. Gdy sie zciemnialo doplynelismy do Lonely Island na spoczynek. Przy zachodzacym sloncu rzucilismy kotwice, ogladajac zarazem cale kamieniste dno rozswietlone ostatnimi promieniami slonca – niezwykle zjawisko. W tym samym czasie na widnokregu ujrzelismy wschodzacy ksiezyc. Poplynelismy pontonem na wysepke, okazala sie bezludna z wielka iloscia mew wrzeszczacych w nieboglosy i milionem much, to tez nazwalismy te wyspe “wyspa much”.

 

15 sierpien

Wyplynelismy o godzinie 9 rano z ogromem much towarzyszacym nam i gryzacych bez opamietania…(szczegolnie obsiadaly nogi ponizej kolan!) Rozstawilismy zagle, musielismy takowac okolo 1/3 drogi a potem pomoglismy troche motorem. Doplynelismy do pierwszego punktu otwierajacego North Channel – Killarney. Zatrzymalismy sie tam na tankowanie i wlanie swiezej wody do zbiornikow. Na obiad chcielismy sprobowac rybe ze znanej w swiecie restauracji (zbyt duze slowo) – autobusu szkolnego pomalowanego na czerwono – Herbert Fisheries. Obiad byl wysmienity! Potem poplynelismy jeszcze 3 mile do zatoki Covered Portage Cove na nocleg. Szybko nam poszlo znalezienie wlasciwego miejsca i spuszczenie kotwicy. Pontonem udalismy sie na lad i poszlismy na wedrowke po pobliskich gorkach. Widok z gory byl urzekajacy. W zatoce bylo z nami 7 lodek ,a w nastepnej 10. Po powrocie na Pegasusa jakos nam chec odeszla od kapania, bo woda okazala sie szokujaco zimna.

 

16 sierpien

Od rana ruch w zatoce, kazdy spieszyl dalej. Przed nami 5 godzin zeglowania do miejsca zwanego The Pool. Piekne widoki nas urzekaly, wplynelismy do waskiej dlugiej zatoki Baie Fine z gorami po obu stronach oswietlonymi poludniowym sloncem I miejscami plytka woda. Trzeba bylo ostroznie plynac i trzymac sie scisle gps-a. Zakotwiczylismy sie okolo 14:00, i po doplynieciu pontonem do ladu udalismy sie szlakiem w kierunku slawnego Topaz Lake. Jeziorko to jest polozone wysoko w gorach i ma niespotykanie piekny kolor wody. Spieszylismy tam z utesknieniem zamoczenia sie w wodzie, bo slonce palilo niemilosiernie. Widok, ktory nam sie objawil…jest nie do opisania. Moze mialo to cos wspolnego z Morskim Okiem????? Patrzylismy, podziwialismy, lapalismy kazdy szczegol przyrody, zanurzone w wodzie drzewa, skaly w przejrzystej wodzie, kamieniste brzegi, kojaca wode…wszystko to czego czlowiek nie widzi na codzien, a co natura tak pieknie stworzyla. Skakalismy ze skalek, plywalismy… dlugo nie moglismy odejsc. Tak, to zdecydowanie jest cud natury!

Po powrocie na lodke zajelismy sie obiadem, a Majka karmila rybki oraz wielkiego zolwia (nazwala go Ben), ktory nam towarzyszyl przez caly wieczor. Po kolacji chlopaki probowali zlowic rybe, ale chyba Majka oddala im pol bochenka chleba, wiec nie byly juz zainteresowane robakami na kiju.

 

17 sierpien

Wstalismy wczesnie, bo przed nami daleki cel – Benjamin Islands – najbardziej rozreklamowane i uznane za najpieknniejsze miejsce w North Channel. Wyplynelismy ostroznie z dlugiego fiordu Baie Fine i skierowalismy sie do Little Currants – miasteczka, w ktorym planowalismy postoj. Plynelismy znow na zaglach, gdyz wiatr nam sprzyjal i slonce sie znow usmiechalo. Czekalo nas przejscie przez obrotowy most I doslownie zdazylismy w ostatniej minucie przed zamknieciem. W miasteczku przybilismy do miejskiego portu, wzielismy prysznic, zrobilismy zakupy, zjedlismy lody. Potem przeplynelismy pod stacje, aby zatankowac, wziac nowy lod do lodki, wode do zbiornikow. Doplynelismy do wysp na godzine 17:30 I juz tam bylo bardzo tloczno. Nad nami wisiala olbrzymia czarna chmura zwiastujaca burze. Tylko zarzucilismy kotwice, pierwsze krople deszczu uderzyly w poklad. I zaczely sie na niebie szokujace  sceny – ostre blyskawice, granatowe, warstwowe chmury przemiesczajace sie z duza predkoscia – i to trwalo do nocy. Przed samym zachodem slonca, burza ucichla, niebo sie rozjasnilo i aby objawic nam spektakularny  zachod slonca.

 

18 sierpien

Poranek byl rzeski, sloneczny. Przed nami dzien lenistwa, poznawania otoczenia – na ladzie i na wodzie. Po sniadaniu odbylismy wszyscy wycieczke pontonem dookola poludniowej Benjamin Island podziwiajac piekne gory, formacje skalne, urokliwe zatoczki. Wrocilismy na jacht na posilek i krotki odpoczynek. Nastepnie podplynelismy do wyspy i poszlismy pieszo na jej podboj. Skakalismy po ogromnych kamieniach i przedzieralismy sie przez dzikie chaszcze. Na koniec wpadlismy z impetem do cieplej wody w zatoce. Przyjemnie bylo plywac i pluskac sie majac pod soba i dookola kamienie i czysciutka przejrzysta wode. Do zatoki przybywalo coraz wiecej jachtow, wiec kapitan uznal, ze jest zbyt ciasno i przydaloby sie znalezc bardziej intymne miejsce. Po rozpoznaniu przybilismy do skal polnocnej Benjamin Island, odslonieci od wiatru i widoku sasiadow – takie nasze urocze miejsce. Mielismy dla siebie sliczna zatoczke i prosto z jachtu moglismy wychodzic na brzeg. Wieczorem, ze skalek obejrzelismy przepiekny zachod slonca.

 

19 sierpien

Od wczesnego ranka szykowalismy sie do powrotu. Wiadomo bylo, ze czeka nas dluga podroz. Na zaglach i motorku dostalismy sie do Little Currents, gdzie wzielismy wode i dalej w droge. Szlo nam niezle, choc niemal pewny wiatr zachodni okazal sie poludniowym lub poludniowo –zachodnim. Plan byl, zeby plynac wzdluz wybrzeza z Killarney Park a potem gdzies po 12 godzinach stanac na nocleg. Gdy zaczelismy plynac ku brzegowi na zasluzony odpoczynek, okazalo sie ze wokolo nas jest kamien na kamieniu, mase wyplycen, w wodzie wygladalo to przerazajaco! Kapitan podjal sluszna decyzje, zeby sie cofnac i plynac otwarta woda non – stop do Killbear albo nawet do Parry Sound. Bylo to bezpieczniejsze mimo nocy niz szukanie miejca na kotwice wsrod kamieni. Ta noc zostanie na zawsze w mojej pamieci.

Nigdy nie da sie tego tak dokladnie opisac –ale to trzeba przezyc. Dostalismy silny wiatr, lodka szla z predokoscia 7-7.5 wezlow. Byla mocno przechylona, wzmagana fala stale sie nabudowujaca. Piekne gwiezdziste niebo ,z czasem na choryzoncie niebo pokrylo sie chmurami nisko wiszacymi nad woda. Co chwila pojawialy sie na niebie blyskawice. Cy zdazymy przed burza? Nikt nie spal, wszyscy siedzielismy w kokpicie. Okolo 6 rano Stas oznajmil, ze wlasnie po lewej jest juz nasza zatoka i czas zrzucic zagle. W chwile po zarzuceniu kotwicy rozszala sie burza, ale nas to juz nie dotyczylo. Spalismy zmeczeni po 22 godzinach walki z wiatrem.

 

20 sierpien

Obudzilismy sie kolo poludnia, pontonem doplynelismy do kapieliska w Killbear Provincial Park, aby sie pokapac. Po sniadaniu/lunchu udalismy sie do Parry Sound. Pogoda sie pogorszyla, niebo bylo zaciagniete, szare, co chwila popadywalo. Zacumowalismy w miejskim porcie i wieczor spedzilismy w miasteczku.

 

21 sierpien

Ostani nasz dzien, czas powrotu do domu…..nabralismy zbiorniki I wplynelismy w south channel, prowadzacy do King’s marina. Goscinne Parry Sound pozostalo za nami. Minelismy obrotowy most laczacy lad z Parry Island I podazalismy w strone mariny. Stanelismy na lunch u Henrego. W tym czasie przyszedl potezny deszcz z silnym wiatrem. Ostrzegano nas z to dopiero pierwsza fala, a ma byc gorzej. Kapitan podjal jednak decyzje, ze nie wyplywamy na otwarte jezioro, wiec sobie poradzimy. Przez ostatnie 2 godziny naszej podrozy doswiadczylsimy zeglowania w deszczu.  Dopiero gdy prawie bylismy spakowani w samochodzie, przestalo padac i pojawilo sie sloneczko. Dobrze, ze chociaz na ostatnie nasze chwile sie pojawilo….mily akcent natury.

Skonczyla sie nasz zeglarska przygoda, pozostala opalenizna, tesknota do niespotykanych widokow i tego kolysania na lodce. To sie kocha….tego nam bedzie brakowalo do nastepnego lata.

 

Stas, Ela, Maya Sokolowscy – czlonkowie WRSC

Marek I Iza Poswiatni - rodzina